Wpisy z Listopad 2012

29
Lis

Opłacalność fałszerstwa Artystycznego stwarza możliwości o tak wielkiej skali zarobkowej, że zawsze znajdą się imitatorzy. Fałszerze kierujący się pobudkami innymi, niż chęć zysku dopełniają tylko ogólnego obrazu. Rozważając zagadnienie fałszerstwa nie należy zapominać, że przez wiele wieków tworzono dzieła sztuki – owoc umiejętności rzemieślniczych i woli twórczej – nie troszcząc się o ich oryginalność, jedynie dla nich samych. Mistrz dzieła pozostawał ukryty w cieniu swego dzieła. Dopiero odrodzenie, po nieśmiałych próbach czasów gotyku, zaczyna akcentować osobowość twórcy. Dążenie do oryginalności przezwyciężyło obowiązującą uprzednio zasadę naśladowania wielkiego wzoru, a w przemianach zachodzących w tej postawie artysty odbijają się przede wszystkim przemiany ówczesnego otaczającego go świata. Około 1330 roku mistrz tak zacny, jak Johannes Tauler, dominikanin i mistyk, zalecał w swoich kazaniach: „Gorliwy malarz, który chciałby namalować dla siebie ładny obraz, przedtem upatrzy sobie innym dobrze namalowany, przeniesie z niego wszystkie punkty i linie na swoją deskę. I według nich ukształtuje potem swój własny obraz tak wiernie, jak tylko potrafi. Naturalnie, Tauler kieruje swą radę jedynie do malarza, „który chce namalować obraz dla siebie samego”, widac tu jednak wyraźne pominięcie twórczej indywidualności. Dla takiego dzieła – według naszych pojęć falsyfikatu, według ówczesnego wczesnego średniowiecza oryginału – musi się, pod tym względem, stosować kryteria zasadniczo różne od przyjętych dzisiaj. Przypuszczalnie pierwszy Leonardo da Vinci wkroczył na nową drogę zarówno jeśli chodzi o krytykę, jak o obserwację. W swoim traktacie o malarstwie stwierdza z zadziwiającą jasnością, że w malarstwie nie ma kopii równej oryginałowi, nie ma niezliczonego potomstwa jak w dziełach drukowanych. Dzieło malarskie sławi tylko swego stwórcę; dlatego jest jedyne i cenne. Jego jednorazowość wynosi je ponad nauki, które można wszędzie rozpowszechniać. Leonardo odrzucał naśladownictwo, gardziłw szelka imitacją: „Stultum imitatorum pecus”. Taka postawa zrównywała artystę z jego dziełem.

26
Lis

Mieszkanie ze znajomymi Jednoznaczna i idealna wskazówka co do tego, jak wybierać sobie współlokatorów jest chyba niemożliwa do skonstruowania. Każdy ma inny gust i inne zachowania potrafią wyprowadzić go z równowagi. Jedna moja złota myśl: nigdy nie poznasz nikogo naprawdę dobrze, dopóki z nim nie pomieszkasz. Wtedy to poznajemy człowieka z każdej możliwej strony, widzimy jego zachowanie w najróżniejszych sytuacjach i znosimy jego wymyślne nastroje. Ale po jakimś czasie (jeśli to wytrzymamy) zaczyna tworzyć się więź, bardzo podobna do tej rodzinnej. To jedna sprawa. Z drugiej strony względy ekonomiczne. Dużo łatwiej jest sprostać kosztom utrzymania i eksploatowania mieszkania we czwórkę. Jeśli Wasza sytuacja materialna jest kiepska w grę wchodzą też rozwiązania techniczne (rodzicom pewnie włos stanie dęba, ale dla nich to duża oszczędność, a dla potomstwa masa niezapomnianych wspomnień do końca życia). Uważam, że pomysł dzielenia lokalu jest wprost idealny. Dodajmy do wymienionych wcześniej plusów towarzystwo i wsparcie. Naprawdę warto. Zdaję sobie sprawę, że podchodzę do sprawy bardzo ją uogólniając i nie biorąc pod uwagę wszystkich kwestii a także to, że przedstawiam swoje własne zdanie, ale nie polecam stancji. Oczywiście, może zdarzyć się, że będzie wynajmowała ją bardzo miła Pani, która po nocnych balangach przyjdzie do nas w południe następnego dnia i z uśmiechem na twarzy przyniesie śniadanko. Jednak z tego, co wiem to bardzo często tak nie jest. Lokator jest traktowany jak żebrak przyjęty „z łaski pana”, tak jakby wcale nie płacił. Traktuje się go jak byłego więźnia, jakby zaraz miał wynieść którąś z tych starych szafek pod pachą. Na dodatek nie można tam wprowadzić zbyt dużo „swoich” elementów, bo wszystko jest sprawdzane przez wszechwidzących właścicieli. Do tego żyjemy w ciągłym stresie, że coś im się odwidzi i zostaniemy z palcem w nocniku. I największy minus – cena. Długie lata płacimy słone pieniądze które lądują w kieszeni właściciela, a my nie mamy z tego żadnego pożytku. A te pieniądze są wyrzucone w błoto.

23
Lis

Wielkość To na jaki metraż decydujemy się przy zakupie mieszkania zależy od kilku czynników. Pierwszym i niestety czasami najbardziej determinującym są nasze możliwości finansowe, bo nawet największej chęci zakupu mieszkania trzypokojowego nie zrealizujemy przy małej zdolności finansowej, a już zwłaszcza gdy mieszkanie finansujemy z kredytu a nie zgromadzonych oszczędności. I tutaj kolejna przykra wiadomość, trochę paradoksalna, bo cena za metr większych mieszkań jest najczęściej niższa nić tych małych, np. kawalerek, więc kilka tysięcy czasami robi dużą różnicę, ale jak ich nie mamy to nic nie poradzimy. Drugim czynnikiem kształtującym nasze decyzje zakupowe w kwestii wielkości jest to ile tak naprawdę metrów kwadratowych i ile pokoi potrzebujemy. Jeśli jesteśmy samotni to wystarczy nam kawalerka, ale wygodnie jest mieć mieszkanko dwupokojowe, gdzie osobno będzie sypialnia i osobno salon. Gdy już jesteśmy rodziną z dziećmi to najlepiej uwzględnić tak ilość pokoi by każde z dzieci miało swój i jeszcze idealnie by było gdyby dla rodziców była oddzielna sypialnia a nie by klasycznie spali w rodzinnym salonie. Małżeństwa bez dzieci często myślą przyszłościowo i kupują mieszkania większe, natomiast osoby starsze często zamieniają się na mniejszy metraż nie tylko z powodu kosztów utrzymania mieszkania ale także z powodu poczucia pustki w dużym trzypokojowym lokum i po prostu wolą przytulną kawalerkę. Kupowanie mieszkania przede wszystkim powinno być rozważne i nigdy nie powodowane pośpiechem. Szybkie decyzje często są potem przyczyną rozczarowania i żałowania decyzji o zakupie. Oczywiście wszystko zależy od tego w jakiej sytuacji jesteśmy, ale gdy szukamy powoli i dokładnie sprawdzamy oferty możemy wybrać rzeczywiście tę najlepszą i skutecznie zbić cenę interesującego nas mieszkania. To czy skorzystamy z ofert agencji nieruchomości zależy od sytuacji na rynku. W wielu miastach ciężko kupić cos bezpośrednio z ogłoszenia w prasie pomijając pośredników. Korzystając z agencji mamy też większą pewność co do zakupywanej nieruchomości i przebiegu całego procesu sprzedaży, że ktoś nas nie oszuka. Jednak tutaj w grę wchodzi prowizja i tym samym zwiększenie realnej ceny jaką zapłacimy. Kupowanie z ogłoszenia może być szybkie i wygodne, ale najlepiej jak najwięcej dopytać przez telefon najpierw by nie tarcic czasu na oglądanie czegoś co i tak ans ostatecznie nie zainteresuje. Oglądanie mieszkania to najważniejszy etap zakupu więc najlepiej wybrać się na nie kilkukrotnie by niczego nie pominąć i móc wszystko sprawdzić. Zakup mieszkania to męczący proces ale efekty powinny nas usatysfakcjonować.

20
Lis

Wykrywanie fałszerstw Naśladowcom bowiem dało się uzyskać identyczny zestaw farb, jaki stosowano przy pieczątkach oryginalnych, tak że oba stemple dają spektroskopowo ten sam fez. Jedynie przy dużym powiększeniu można czasem uchwycić minimalne różnice między pieczątką oryginalną a sfałszowaną. Trudne, a czasem po prostu niemożliwe jest stwierdzenie fałszerstwa, gdy użyto do niego oryginalnych starych pieczęci i odpowiednio spreparowanych farb. Obok szerokiego fałszerskiego traktu biegnie wąska ścieżka wydeptana przez oszustów handlujących instrumentami smyczkowymi. „Autentyczne skrzypce mistrzowskie” otrzymuje się przeważnie nadając im odpowiednie „nazwisko”. Współcześni lutnicy wynaleźli sposoby, aby nowym instrumentom nadać piękno tonu i siłę dźwięku łych mistrzowskich skrzypiec. Tajemnica leży nie tylko w odpowiedniej formie instrumentu, wzorowanej na starych modelach, ale także w zestawieniu laków i werniksów, które współdziałają w kształtowaniu dźwięku. Do tych współcześnie produkowanych i jako współczesne sprzedawanych instrumentów nie da się zastosować pojęcia imitacji. Fałszerze skrzypiec zdani są przeważnie na odnawianie starych instrumentów, często też na zestawianie ich z poszczególnych elementów. Oszukanie kupującego polega przeważnie na umieszczeniu etykietek odpowiednio dobranych mistrzów, na przykład skrzypce Cappy „awansuują” i stają się po prostu skrzypcami Stradivariusa. Fałszowaniem skrzypiec zajmują się nie tyle wyrabiający je rzemieślnicy, ile raczej skorumpowani handlarze. Ponieważ przeetykietowanie włoskich skrzypiec z przełomu XVIII i XIX wieku na „oryginalne” skrzypce Stradivariusa, Balestrieriego lub Guarneriego równa się przeróbce 1000 na 100 000 lub nawet 200000 marek, instrumenty smyczkowe są dla pozbawionych skrupułów jednostek terenem fantastycznych możliwości. Jest to tym prostsze, że właśnie w tej, jak chyba w żadnej innej dziedzinie sztuki opinie rzeczoznawców są niepewne i w dużej mierze polega się na uczciwości i zaufaniu. Mimo różnych szans powodzenia, mimo nie zawsze szczęśliwej proporcji wkładu pracy i zysku, fałszowanie dzieł sztuki i przedmiotów rzemiosła.